Ferrata Passo Santner (Santnerpass)


Dzisiejszy plan to moja pierwsza w życiu ferrata – Passo Santner (Santnerpass). Podjechałem Hondą przez Passo Constalunga do Frommer Alm. Jest tutaj parking i dolna stacja wyciągu krzesełkowego.

Nie chciało mi się specjalnie wchodzić do schroniska Fronza (Rosengartenhutte). Podejście jest dość długie, około 1.5h. Kupiłem więc bilet za 8 euro i wjechałem wyciągiem. Długo się wjeżdża. Pierwszy raz w życiu jechałem wyciągiem krzesełkowym. Najpierw oczywiście musiałem popatrzeć jak to się wsiada „w locie”. Spoko, dałem radę. Z wysiadaniem też nie było problemu. Przede mną kobieta się wywaliła, nie zdążyła wysiąść a później wyciąg ją powalił. Już byłem przygotowany do wysiadania, podniosłem zabezpieczenie a tu nagle wyciąg się zatrzymuje. Zahuśtało mocno, o mało co nie wypadłem.

Na trasę wyruszam o dziesiątej. Trochę mi zeszło na dojazd, wyciąg itp. I tak jest jeszcze złe światło z tej strony Catinaccio. Za to ładnie widać grupę Latemar.

Grupa Latemaar

Grupa Latemaar

Początek trasy od razu ostro w górę po skałach. Ręce w ruch, jest poręczówka. Mijam rozwidlenie szlaków. Ścieżka biegnie teraz piarżystym tarasem i podchodzi pod południowo-zachodni stok Catinaccio. Ściany są wielkie aż do nieba. Idę raczej wolno, nie wiem co mnie czeka. Trochę odwlekam moment wejścia na ferratę. W końcu dochodzę do dużego pola śnieżnego. Przede mną czwórka Niemców zakłada w tym miejscu uprzęże i kaski. Robię to samo. Kto wie gdzie zaczyna się ta ferrata?

200-300 metrów po zmrożonym śniegu, ostrożnie by się nie poślizgnąć. Zaczyna się skalny odcinek w górę. Bez zabezpieczeń, ręce w ruch, raczej łatwo. Mozolnie w górę skalnymi odcinkami.

Jest i drabina. Wyżej kilka wąskich kominków. Normalnie to chyba nie ma większych problemów ale dziś te strome kominki wypełnione są śniegiem i lodem. Jeśli jest tam jakaś poręczówka to była pod śniegiem. Ostrożnie tam szedłem, wolno, z duszą na ramieniu. Nie lubię lodu i śniegu.

 

Ciężko było przez te kominki przebrnąć. Szczególnie ostatni, przed taką bardzo wąską skalną przełęczą. Komin całkowicie w lodzie. Trochę się nagłowiłem ale w końcu dałem radę. Za przełączką odcinek w dół, poręczówka z lewej strony, oj stromo stromo i niebezpiecznie. I po był największy problem dzisiejszego dnia.

Zejście było pod turnią, prowadzące do szerokiego komina, całkowicie w śniegu czy też lodzie. Tyle tylko, że nie za bardzo wiedziałem jak zejść. Pierwszy odcinek zejścia był bardzo wąski, trzeba by było przecisnąć się bokiem lecz nie za duży skok, nie było gdzie ułożyć stopy. Druga możliwość to z boku, nad przepaścią, trzymając się poręczówki. Nie było jednak dobrych miejsc na stopy, do tego skała śliska. Stałem tak ze 20 minut, zastanawiać się jak zejść i jak później wejść kominem w śniegu. W końcu pojawiła się niemiecka para. Usunąłem się na bok, zobaczę jak sobie poradzą. Łyknęli ten pierwszy stromy odcinek zejścia w sekund pięć, bokiem, trzymając się poręczówki, schodząc tyłem. Widać było, że mają doświadczenie wspinaczkowe. Ale ja przecież też mam!. Odczekałem trochę, będąc ciekawy jak sobie poradzą ze śnieżnym kominem. Dali radę bez czekana. To i ja dam radę. Wpiąłem się w poręczówkę, aczkolwiek gdybym spadł i tak by to nic nie pomogło, zaryłbym głową w skałę. Przypomniałem sobie ze wspinaczki jak się schodzi i w dół. Skała śliska, nie te buty. Jakoś znalazłem dobre oparcie dla stóp i dałem radę. Dalsze zejście nie było też za łatwe ale w porównaniu z pierwszym odcinkiem – bułka z masłem. To teraz w górę po śniegu.

Było bardzo stromo ale śnieg był zmrożony, ze śladami w lodzie więc w sumie było spokojnie, bez większych problemów. Przy skałach wystawały fragmenty poręczówki. Nie wiem jak to wygląda bez śniegu, czy są piargi czy skała? Tego lodu było ze 2-3 metry głębokości. W końcu schodzę z lodu skały w tym samym miejscu co Niemcy. Coś mi się jednak wydaje, że zarówno ja i jak oni weszliśmy zdecydowanie za wysoko, ze schematu ferraty wynika, że ubezpieczone odcinki w skale są już bardzo nisko tego komina. Ale skoro tak dobrze się wchodziło to czemu by nie skorzystać. Passo Santner już blisko. Dalej ubezpieczone odcinki, stromo i wąsko. Jeden powietrzy odcinek. W sumie raczej łatwo. Raz się tylko wpiąłem. Docieram do punktu, do którego dotarłem wczoraj od drugiej strony.

Dalej z przełęczy znaną mi z wczoraj drogą w dół do schroniska Albertol i niżej do Preuss. Znów podziwiam Turnie Vajolet.

Turnie Vajolet

Turnie Vajolet

Od schroniska Preuss idę tą samą trasą co wczoraj aż do rozwidlenia szlaków. W dół do Gardenccia (to było wczoraj), w górę na przełęcz Coronelle – tam idę dziś. Jest trochę stromo, mozolnie w górę, czasem wśród skał, czasem po polu śnieżnym.

W dole początek ścieżki w kierunku Passo Coronelle

W dole początek ścieżki w kierunku Passo Coronelle

Przełęcz jest bardzo wąska, szczerba w skale. Ale jest ławeczka.

Piękna pogoda, piękny widok. Siedziałem tak sobie ze 30 minut. No nic, trzeba ruszać dalej. Przechodzę przez wąski przesmyk i tu co? Oczywiście śnieg. Całe zejście z przełęczy w śniegu. Nie lubię.

Zejście z Passo Coronelle

Zejście z Passo Coronelle

Chcąc nie chcąc ostrożnie schodzę. Asekuruję się kijkiem, śnieg mokry, trochę się zapada. Stromo i niebezpiecznie. W końcu kończy się śnieg. Dalsze zejście jest raczej łagodne.

Znów jest na rozwidleniu szlaków. Pętla się zamknęła. Idę do schroniska Fronza (Rosengartenhutte), pokonując znane mi już ubezpieczone odcinki, tym razem w dół. Kupiłem bilet na wyciąg w jedną stronę więc czeka mnie jeszcze zejście do dolnej stacji. Zejście jest długie ale z pięknymi widokami na dobrze oświetlone o tej porze ściany Catinaccio.

 

Ferrata Passo Sentner – podsumowanie

  • Masyw: Catinaccio
  • Trudność (A-F): B
  • Czas przejścia: Fronza – Passo Santner: 2-2.5h
  • Przewyższenie: 480m
  • Moje odczucia: gdyby nie było śniegu w kominkach to napisałbym ferrata łatwa. Najtrudniejszy odcinek – zejście z małej przełączki (B)
Ferrata Santerpass

Ferrata Santerpass